środa, 10 maja 2017

Obchody 72. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Stutthof

Pod hasłem „Pamięć w przedmiotach”, w dniu 9 maja 2017 r. w Muzeum Stutthof odbyły się uroczystości upamiętniające 72. rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Stutthof oraz zakończenia II wojny światowej. Honorowym patronem uroczystości był Jan Józef Kasprzyk, p.o. Szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i osób represjonowanych. Uroczystości uświetniła Kompania Honorowa oraz Orkiestra Marynarki Wojennej RP.

Przed rozpoczęciem głównych uroczystości, przy pomniku Walki i Męczeństwa, odbyła się konferencja prasowa z udziałem Mirosława Melerskiego, który przedstawił związaną z obozem koncentracyjnym Stutthof „Historię pewnego imadła”. Po zakończeniu II Wojny światowej ojciec Mirosława Melerskiego  otrzymał pozwolenie od ówczesnych władz państwowych na pozyskiwanie mienia po wojsku niemieckim, na Mierzei Wiślanej. W trakcie tych poszukiwań ojciec wraz z kolegami przebywał również na terenie byłego obozu koncentracyjnego Stutthof. Był to rok 1946. Podczas pobytu na terenie dawnego obozu znalazł i zabrał imadło, które zamontował w swoim garażu w Lipnie. Używał go przez wiele lat. W połowie lat 50-tych imadło przypadkowo zobaczył przyjaciel ojca, Roman Tarnowski, który na jego widok zemdlał. Całą historię można przeczytać na blogu Muzeum Stutthof:

Główne uroczystości rozpoczęło przyjęcie meldunku od dowódcy Kompanii Reprezentacyjnej, przez przedstawiciela Dowództwa Marynarki Wojennej, komandora Kazimierza Pulkowskiewgo, szefa szkolenia 33 Flotylli Okrętów w Gdyni. Następnie odegrany został Hymn Państwowy.

Jako Pierwszy głos zabrał minister Jan Józef Kasprzyk, który powiedział m.in.:
„To jest miejsce, w którym wzruszenie powoduje, iż ciężko zebrać myśli, bo w tym miejscu zginęło niewyobrażalnie wielu ludzi. Byli mordowani w sposób okrutny. Kończyli swoje życie tylko dlatego, że narodowosocjalistyczna ideologia niemieckiej III Rzeszy zabraniała im żyć. Wiek XX, to wiek w którym powstały dwie ideologie, które chciały przekreślić i podeptać dotychczasowy porządek i ład budujący cywilizację łacińską, cywilizację europejską. To bolszewicki komunizm w Związku Sowieckim i narodowy socjalizm niemieckiej III Rzeszy. Te dwa totalitaryzmy postanowiły wykreślić z kodeksu cnót budujących Europę, rzymskie poczucie prawa, greckie poczucie piękna i przede wszystkim wykreślić chrześcijańską miłość bliźniego. I dlatego właśnie doszło do zbrodni popełnianych w tak wielu miejscach w czasie II wojny światowej, do zbrodni, których symbolem jest również obóz koncentracyjny Stutthof”… 

W imieniu byłych więźniów głos zabrał Czesław Lewandowski, więzień KL Stutthof nr 79159, który w dniu 31 sierpnia 1944 r. w wieku 16 lat trafił do obozu w kilkutysięcznym transporcie ludności    z powstańczej Warszawy. W trakcie wystąpienia Pan Czesław Lewandowski przedstawił swoją obozową historię. Mówił m.in.: „Podróż trwała trzy czy cztery dni bez wody i jedzenia. Po tych paru dniach zostaliśmy przesadzeni do wagonów kolejki wąskotorowej. Gdy pociąg się zatrzymał, słyszałem tylko krzyki Niemców. Wagony zostały pootwierane, a nam nakazano wysiadać.  „Pomagali” nam w tym Niemcy kolbami karabinów, pałami i biczami. Od tej chwili przestałem istnieć jako Czesław Lewandowski, zostałem wyłącznie numerem, który stał się całą moją tożsamością. Codzienny kołowrót podobnych czynności - praca i apele. Więzień miał zatracić swoje człowieczeństwo. Należało go zgnębić, odebrać mu jakąkolwiek wiarę w siebie i wiarę w możliwość przetrwania. Wszystko to w atmosferze wrzasków, komend kapo argumentowanych pałą, lagą lub pejczem, przeglądem kolumn więźniów przez funkcyjnych i esesmanów. Codziennie prowadzona przez nich selekcja – wskazanie najsłabszych, równało się śmierci. Osobiście potrzebowałem prawie siedemdziesięciu lat by odwiedzić to miejsce, żeby przełamać swój strach, bojaźń, lawinę dramatycznych wspomnień z pobytu w obozie”…
W dalszej części uroczystości głos zabrał Piotr Tarnowski, dyrektor Muzeum Stutthof, który m.in. powiedział: Obiekt muzealny, to przedmiot o szczególnej wartości naukowej, historycznej, artystycznej lub kulturowej, przechowywany i wystawiany na pokaz w muzeach i innych obiektach w celach edukacyjnych, pamiątkowych, ochronnych. Tyle definicji i teorii. A rzeczywistość? Każdy z nas otacza się przedmiotami. To one tworzą nas, nasze miejsce na ziemi, opowiadają naszą historię o naszym tu i teraz. Ulubiony szal, miś, kubek do herbaty, komoda, książka, płyta. Gdy nas zabraknie, to one będą opowiadać naszą historię. Przedmioty niezbędne i zbędne tworzą naszą tożsamość – opowieść. Jest to opowieść o naszych czasach. W ostatnimi czasie otrzymaliśmy imadło. Przedmiot związany z pracą przymusową, pracą ponad siły. Przedmiot, który dotyka istoty eksterminacji poprzez pracę… To historia o tym, jak zostało z obozu zabrane i o tym, gdy dwóch kolegów spotkało się po wojnie, jak potoczyły się ich losy wojenne – bezcenne wspomnienie. W ten sposób imadło opowiedziało historię byłego więźnia, o tym jak cierpiał, ile cudów się zdarzyło, ż e przeżył osadzenie w KL Stutthof – piekle na ziemi. Jest to też historia o bohaterstwie, poświęceniu dla Ojczyzny, służbie, wybaczeniu, o rodzinie dla której warto było żyć. Jedno imadło i jeden człowiek z determinacją do opisania historii, którą połączył wszystkich Bohaterów w bezcenne wspomnienie. Dzięki takim historiom ciągle przekonujemy się, że zbieranie przedmiotów to konieczna droga do prezentowania  prawdy. To droga do wspomnień i opowieści o tym co się w tym miejscu wydarzyło. To droga do doświadczenia, to droga do przekazywania przesłania, by tragedia dwóch tysięcy siedemdziesięciu siedmiu dni KL Stutthof nie wydarzyła się już nigdy!!!”…
Ewa Malinowska, kurator ds. wystaw w Muzeum Stutthof odczytała zebranym list prof. Piotra Glińskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w którym czytamy: „…Stutthof to, zwłaszcza dla Polaków, miejsce szczególne. Z jednej strony – nasycone tragizmem, lecz z  drugiej — pozwalające na wybudowanie, w oparciu o pamięć o zbrodniczym obliczu niemieckiego nazizmu, płaszczyzny rozmowy o trudnej przeszłości naszego kontynentu, między narodami i państwami Europy. Rozmowy, której głównym celem i sensem powinna być kategoryczna i bezapelacyjna niezgoda na zło, aby ta przeszłość nigdy nie stała się ponownie teraźniejszością…”.

Element artystyczny uroczystości stanowiły recytacje dwóch wierszy, wykonane przez zwycięzców VIII powiatowego konkursu recytatorskiego o tematyce wojennej i obozowej. Recytacje wykonały laureatki konkursu, Monika Tomaszewska ze Szkoły Podstawowej w Stegnie i Maja Makowska z Gimnazjum w Mikoszewie.

Swoje wiersze zebranym na uroczystości zaprezentowała również Adelajda Krajnik, była więźniarka KL Stutthof nr 11890, która odebrała także Nagrodę Muzeum Stutthof przyznaną w 2017 r. dla Koła Byłych Więźniów w Sopocie. Nagrodę wręczył Piotr Tarnowski, dyrektor Muzeum Stutthof.

Kolejnym elementem uroczystości była modlitwa odprawiona przez Jakuba Szadaja, przewodniczącego niezależnej gminy wyznania mojżeszowego w Gdańsku,  ks. Mariusza Antonowicza, proboszcza prawosławnej parafii św. Marii Magdaleny w Elblągu, Olgierda Hazbijewicza, przewodniczącego muzułmańskiej gminy wyznaniowej w Gdańsku oraz JE. ks. biskupa elbląskiego,  Jacka Jezierskiego.

Tę część uroczystości zakończyło złożenie wieńców i kwiatów pod pomnikiem Walki i Męczeństwa.
Następnie zebrani udali się na teren byłego Obozu Żydowskiego, gdzie Minister Jan Józef Kasprzyk, wspólnie z Jackiem Mandelbaumem, synem byłego więźnia KL Stutthof, dokonał odsłonięcia odrestaurowanego pomnika ku czci więźniów żydowskich, przetrzymywanych i mordowanych w KL Stutthof. Fundatorem pomnika, a także jego odnowienia, jest pan Jack Mandelbaum. Ojciec fundatora, Majloch Mandelbaum, został osadzony w obozie w połowie września 1939 r. wraz z innymi mieszkańcami Gdyni i oznaczony numerem obozowym 5595.        
W końcu października 1939 r. rodzina otrzymała od niego kartkę pocztową, w której napisał:  „…że był w obozie koncentracyjnym Stutthof, że jest w porządku i żebyśmy się o niego nie martwili”.  Według zeznań świadków, Majloch Mandelbaum zginął w KL Stutthof w 1944 r.

Nagrania wideo z uroczystości można obejrzeć profilach Muzeum Stutthof funkcjonujących na Facebooku i You Tube.



 
Mirosław Melerski 









































Jack Mandelbaum





















wtorek, 9 maja 2017

Dzieje pewnego imadła

Roman Tarnowski
W numerze 4/2011 „Prowincji” - kwartalnika społeczno-kulturalnego Dolnego Powiśla i Żuław, ukazał się artykuł autorstwa Mirosława Melerskiego p.t. „Dzieje pewnego imadła”. Autor opisuje historię imadła pochodzącego z obozu koncentracyjnego Stutthof. Za jego zgodą publikujemy ten tekst.                      

Dzieje pewnego imadła

Ojciec mój, Wiktor Melerski (1914 -1996), był żołnierzem Wojska Polskiego w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku. Zmobilizowany został w sierpniu 1939 r. w jednostce wojskowej w Bydgoszczy. Po wybuchu wojny, wraz z innymi żołnierzami, przetransportowany został do Twierdzy Modlin, skąd przedzierał się ze swoją jednostką do Rumunii. Został internowany i osadzony w obozie na Węgrzech, gdzie przebywał do zakończenia drugiej wojny światowej.

Po powrocie do kraju, otrzymał pozwolenie od ówczesnych władz państwowych na pozyskiwanie mienia po wojsku niemieckim na Mierzei Wiślanej. Generalnym celem jego poszukiwań były wojskowe samochody ciężarowe. Wraz z kolegami i przyszłymi wspólnikami firmy transportowej „STOKÓŁ” zwiózł transportem kolejowym do Lipna (w pobliżu Włocławka), gdzie wówczas mieszkaliśmy, 12 samochodów ciężarowych pozostawionych przez wojska niemieckie.
           
W mojej dziecięcej wówczas pamięci utkwił fakt, jak ojciec opowiadał, że w okolicach Suchacza, w przydrożnych rowach leżały jeszcze szkielety ofiar wojny. Dookoła pełno było pozostawionych karabinów, hełmów i innego sprzętu, np. w jednym miejscu natrafili na stertę akumulatorów. Okolice były jak wymarłe. Oprócz strażnic wyzwolicieli, żołnierzy Armii Czerwonej, tylko ślady chaosu wojennego. Przed kontrolami i rewizjami ze strony Rosjan ratowała ich bańka samogonu z Kujaw i zabrany własny prowiant.
           
W trakcie tych poszukiwań ojciec wraz ze kolegami przebywał również na terenie zniszczonego wówczas byłego obozu koncentracyjnego Stutthof. Był to rok 1946. Podczas pobytu na terenie dawnego obozu, jak mi opowiadał, znalazł i zabrał imadło, które zamontował w swoim garażu w Lipnie. Używał je przez wiele lat.

W roku 1954 lub 1955 do ojca przyszedł jego kolega - wspólnik Roman Tarnowski, także mieszkaniec Lipna, mechanik samochodowy i prywatny przedsiębiorca transportu ciężarowego. Spotkanie odbyło się w garażu mojego ojca. Rozmawiali jak zwykle o swojej pracy, samochodach i trudach codzienności. W pewnym momencie Roman Tarnowski nagle zasłabł. Po ocuceniu go przez kolegów i pytaniach o przyczynę zasłabnięcia, Roman Tarnowski zapytał mojego Ojca:
- Wiktor – skąd masz to imadło?
- Z dawnego obozu koncentracyjnego Stutthof - odpowiedział zgodnie z prawdą mój Ojciec.
- A czy ty wiesz, że ja na tym imadle pracowałem ponad dwa lata w tym obozie - odpowiedział Tarnowski.
           
Mój Ojciec nie krył zaskoczenia, bo cóż to za niezwykłe zrządzenie losu, że przypadkowo znalezione imadło przez wiele lat było narzędziem pracy w tak strasznym miejscu jak Stutthof. Zaproponował oczywiście, że odda je koledze, może na pamiątkę. Tarnowski zdecydowanie odmówił.
           
Tę opowieść usłyszałem od Ojca jeden raz, kiedy przedstawiciele władzy ludowej przybyli do naszego domu w Lipnie i skonfiskowali ojcu sześć wyremontowanych już samochodów ciężarowych, na których gromadzenie wcześniej wyrazili zgodę. Nakazali również zakończyć prywatną działalność gospodarczą.
           
W roku 1996 zmarł mój ojciec, a imadło trafiło do mnie. W Lipnie już nie mieszkam od wielu lat, ale ta przedziwna „pamiątka ze Stutthofu” wędruje ze mną. Odszyfrowałem inskrypcje z imadła: wyraźnie widoczne są cyfry i litery- 125?? 571, BERLIN? LUD LOEWE &Co AG. Wyjaśnień szukałem w Muzeum Stutthof, skąd otrzymałem poniższe potwierdzenie:
Nawiązując do naszej rozmowy telefonicznej chciałabym Pana poinformować, że Roman Tarnowski był więźniem KL Stutthof od 22.05.1943 r. Miał on numer obozowy 23 159. Adres jego zamieszkania zgadza się z podanym przez Pana, więc jest to ta sama osoba.”

I w zasadzie mógłbym zakończyć historię imadła ze Stutthofu. Ale ta ojcowska opowieść sprzed lat obudziła we mnie chęć głębszego poznania obozowych losów Romana Tarnowskiego. Dzięki przychylności pracowników Muzeum Stutthof udało mi się zdobyć skany zachowanych dokumentów obozowych więźnia Romana Tarnowskiego. Na stronie internetowej www.historycy.org trafiłem na informację, że Roman Tarnowski, pseudonim „Pancerz”, od 1942 roku był komendantem Armii Krajowej w Lipnie. 5 maja 1943 roku w wyniku obławy Gestapo znaczna część konspiracyjnej siatki Armii Krajowej Rejonu Lipno została aresztowana. W tej grupie znalazł się również Tarnowski.
           
Takiej informacji nie można było już zbagatelizować. Zachęciło to mnie do dalszych poszukiwań. Pojechałem do Lipna. Dzięki pomocy mojej kuzynki dowiedziałem się, że nikt z rodziny Romana Tarnowskiego nie mieszka od lat w Lipnie. Jedynym dzieckiem, które jeszcze żyje jest córka, Pani Krystyna Krzeszewska zamieszkała w Piszu. Po wielu telefonach udało nam się w końcu spotkać w Warszawie, u córki Pani Krystyny. Wybrałem się tam z synem Maksymilianem, który wspomagał mnie, jako fotograf. Rodzina wyraziła zgodę na rozmowę i przekazanie do publikacji zdjęć i pamiątek po ojcu i dziadku.

Jak Roman Tarnowski trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof?

           
Roman Tarnowski urodził się 30 grudnia 1910 roku w miejscowości Osówka w powiecie lipnowskim. Rodzicami jego byli Jan i Józefina z domu Zielska. W momencie aresztowania mieszkał w Lipnie przy ulicy Wolności 44. Z zawodu był ślusarzem - mechanikiem. Żonaty z Kazimierą z domu Marciniak. Był ojcem trojga dzieci – dwóch synów Jerzego i Andrzeja oraz córki Krystyny.
             
W karcie obozowej „Konzentrationslager Stutthof – Personalien” wpisana jest data aresztowania Tarnowskiego przez Gestapo w Grudziądzu 6 maja 1943 roku.
           
Dokument drugi wystawiony przez Gestapo w Grudziądzu, datowany na 8 czerwca 1943, podpisany przez Untersturmführera Rassatz (?) - podpis nieczytelny, zawiera informacje, że Roman Tarnowski został przetransportowany do obozu koncentracyjnego Stutthof 22 maja 1943 roku. Zakwalifikowany do Lagerstufe II, jako więzień polityczny. W uzasadnieniu powodu aresztowania i skierowania do obozu koncentracyjnego czytamy:
 „T. ( Tarnowski) wiedział o istnieniu polskiego ruchu oporu i brał w nim udział. Komendant rejonu poznał go, jako członka ruchu oporu i później powołał go na miejscowego komendanta. W krótkim czasie po tym Tarnowski został komendantem rejonowym. T. (Tarnowski) twierdzi, że nie należał do żadnego organizacji ruchu oporu i podważa zeznania świadka. Jednakże istnieje poważne podejrzenie, że Tarnowski brał udział w wysoce niebezpiecznych, zdradzieckich działaniach.”
           
Z uzasadnienia funkcjonariusza Gestapo jasno wynika, że Roman Tarnowski został zdradzony i wydany przez innego członka ruchu oporu. Fakt ten potwierdza w rozmowie córka Krystyna: „Po wojnie przyszedł do ojca ten, który go zdradził. Prosił ojca o wybaczenie. Twierdził, że też był bity i torturowany, skazany do innego obozu lub więzienia, Prosił również ojca, aby poświadczył jego zaangażowanie w ruchu oporu, ponieważ ubiegał się o uznanie go, jako więźnia politycznego, aby mógł być przyjęty do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD). Ojciec nie wybaczył mu tej zdrady i nie poświadczał. Opowiadał nam, że po kilku dniach uwięzienia wprowadzono go do sali, w której za stołem siedział denuncjator przy pełnym talerzu dymiącej jajecznicy. Gestapowiec zapytał go czy to jest komendant?. Odpowiedź była potwierdzająca. Ojciec nie przyznawał się i wówczas Gestapowiec nakazał zdrajcy przysięgać na krzyż, że mówi prawdę. Na ten sam krzyż przysięgał ojciec, że nie jest prawdą, że był aktywnym członkiem ruchu oporu”.
           
W chwili aresztowania Romana Tarnowskiego jego córka Krystyna miała siedem lat. Do dziś pamięta tamten dzień: „Szliśmy z mamą i moim bliźniaczym bratem Jerzym do kościoła na nabożeństwo majowe. Przed kościołem w Lipnie podszedł nieznany nam mężczyzna Polak i powiedział mamie, że ojca aresztowało Gestapo. Mama zostawiła nas samych przed kościołem na ulicy i pobiegła do mieszkania. Mieszkaliśmy wtedy, po wysiedleniu, na dzisiejszej ulicy 15 Grudnia w byłych koszarach. W kuchni, pod podłogą była skrytka, w której tata przechowywał dokumenty i „bibułę” AK. Zanim przyszło Gestapo dokonać rewizji, mama zdążyła zniszczyć zawartość schowka. W siedzibie Gestapo w Lipnie jako sprzątaczki pracowały Polki, które mówiły mamie, że ojciec został strasznie pobity i torturowany. Nie mógł leżeć ani na plecach, ani na brzuchu, jedynie klęczał i opierał się na łokciach, ociekał krwią. Do końca życia odczuwał ból w barku. Wieszano go za związane ręce. Cierpiał też na bóle głowy, na której miał kostniak, ślad po torturach kapiącej wody.”
           
W obozie koncentracyjnym Roman Tarnowski pracował w warsztacie i w cegielni. Robiono na nim eksperymenty medyczne. Żona wiedziała, że panuje w obozie straszny głód. Z rodzinnych przydziałów wysyłała paczki żywnościowe. W wydrążonym bochenku chleba przesyłała mu zdjęcia dzieci i wiadomości. W trakcie pracy w warsztacie, między innymi przy użyciu imadła, Roman Tarnowski wykonał wiele oryginalnych metalowych ozdób, które dziś stanowią cenną po nim rodzinną pamiątkę.

 Krótko przed wyzwoleniem KL Stutthof Roman Tarnowski zachorował na czerwonkę. Choroba wyniszczyła jego organizm do tego stopnia, że został uznany za zmarłego i skierowany wraz z innymi ciałami do spalenia w obozowym krematorium. Na stercie trupów inni więźniowie odkryli, że Tarnowski oddycha. Wynieśli go z grupy nieżyjących więźniów i ukryli w baraku. Kiedy nastąpił marsz śmierci pomogli mu iść podtrzymując go lub nawet niosąc. Kiedy nie miał już siły dalej iść, został położony gdzieś w przydrożnym rowie. Jakimś cudem, niedobity przez strażników, uratował go rolnik - Niemiec. Zaopiekował się wynędzniałym Tarnowskim, pomógł powrócić do zdrowia i sił, pielęgnował przez kilka miesięcy.

Roman Tarnowski powrócił do Lipna dopiero w maju 1945 roku. „Traciliśmy nadzieję, że wróci – opowiada córka Krystyna – było już ciepło, maj 1945. Przyszedł w ubraniu obozowym i w czapce pasiaku z węzełkiem w dłoni. Bawiłam się z bratem na podwórku, poznałam go od razu, był to dla nas szok i olbrzymia radość, bo inni więźniowie, którzy wracali w styczniu mówili mamie, że widzieli, jak zginął w obozie, inni twierdzili, że w marszu śmierci. Wrócił do nas, do rodziny z opóźnieniem, ale wrócił i przyniósł nam obozowe prezenty wykonane własnoręcznie.

Komisja lekarska stwierdziła u Romana Tarnowskiego 80 % utraty zdrowia. Otrzymał odszkodowanie za bycie królikiem doświadczalnym.
           
To nie był jednak koniec jego udręki. Jako były AK-owiec, mimo obozowego udokumentowanego doświadczenia, Roman Tarnowski był dla władzy ludowej podejrzanym osobnikiem. W dodatku po wojnie Tarnowski należał do PPS-u (a nie jak należało do PPR – u). Po przymusowym zjednoczeniu PPS z PPR i powstaniu PZPR w 1948 roku, Tarnowski oddał legitymację PPS i nie wstąpił do nowej partii. Dlatego pod koniec lat 40-tych i do połowy 50–tych często był przetrzymywany po kilka dni w siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa, szczególnie przy okazji świąt państwowych. I tu smutny chichot historii, bo ówczesny areszt UB znajdował się w dawnej siedzibie Gestapo w Lipnie.
           
Zapytałem Panią Krystynę, czy ojciec był w Stutthofie po wojnie? Odpowiedziała, że jeździł tam z własnej woli trzy albo cztery razy. Pierwszy raz pojechał ze swoim, jedynym bratem Czesławem Tarnowskim i jego żoną Angielką Gladys, która zemdlała na widok krematorium. Czesława Tarnowskiego wybuch drugiej wojny światowej zastał na pokładzie MS Batory. Wracał z Argentyny, gdzie udał się w celach spadkowych po zmarłym ojcu. W Anglii do zakończenia wojny był mechanikiem w Dywizjonie 301. Innym razem Roman Tarnowski odwiedzał obóz wraz z żoną i dziećmi.
           
Roman Tarnowski zmarł w 2007 roku w Toruniu. Rodzina do dziś przechowuje z należną czcią pamiątki po ojcu i dziadku.
           
Imadło mojego Ojca - i jak się okazało obozowe narzędzie pracy przymusowej Romana Tarnowskiego - znajduje się wśród moich rodzinnych pamiątek. Z pewnością Muzeum Stutthof byłoby godniejszym miejscem jego ekspozycji. 

Mirosław Melerski – ur. w 1949 r. w Lipnie. Absolwent historii UMK w Toruniu. W latach 1976-82 dyrektor Sztumskiego Centrum Kultury. Przewodniczący Terenowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” w Sztumie w 1981 roku, współzałożyciel i redaktor biuletynu „Sztumska Solidarność” w 1980-81. W latach 1992-2002 pracował w Vitra Design Museum w Weil AM Rhein (Niemcy), gdzie zajmował się koordynacją produkcji i dystrybucji miniatur kolekcji Vitra Design oraz organizacją wystaw kolekcji Vitra w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Publikował artykuły na temat nowoczesnego designu w polskich pismach fachowych. Mieszka w Nadbrzeżu k. Elbląga.

P.S.

W kwietniu 2017 r. Pan Mirosław Melerski przekazał imadło do zbiorów Muzeum Stutthof.  

Roman Tarnowski z rodziną.


Imadło, na którym Roman Tarnowski pracował w KL Stutthof

Mirosław Melerski (z prawej) Muzeum Stutthof 9 maja 2017 r.